Zamknij
Wiedza PR - Media relations

Dziennikarski full kontakt

Adam Kuśmierczyk, 2012-03-22 07:52:24

Dziennikarski full kontakt

Pośrednictwo w kontaktach z przedstawicielami mediów to aspekt działań public relations, który na dobre już wpisał się w specyfikę branży. Mimo powszechnie panującego przekonania o niebywałej skuteczności, jaką uzyskują na tym polu specjaliści w kwestiach komunikacji z mediami, wciąż jeszcze zdarza się nam popełniać niemal szkolne błędy.

Trudno jest wytłumaczyć przyczynę – często jest to zła praktyka, kiedy indziej świeżość w branży. Wyeliminowanie tych kluczowych, dla pracy każdego specjalisty public relations, błędów już na samym początku może procentować od momentu pierwszego zwrotnego emaila, który z pozytywną dla nas wiadomością trafi na naszą skrzynkę pocztową.

Poniżej przedstawiam listę, którą udało mi się samemu zaobserwować, czy to na bazie swoich doświadczeń, czy też ich konfrontacji z zachowaniami innych, również adresatów naszych przekazów.

Poranki tylko dla kogutów

Podstawowym błędem w relacjach z dziennikarzami jest uciążliwa próba kontaktu w godzinach porannych. Oczywiście jest to absolutnie zrozumiałe. Zapał do pracy każdego specjalisty PR zaczyna się z każdym kolejnym pianiem koguta, wygasając powoli w ciągu dnia. Inaczej mówiąc, najbardziej produktywni jesteśmy zawsze do południa. Pamiętać jednak musimy, że nie tylko my. Poranki to przecież czas spotkań gremium redakcyjnego, które jak co dzień decyduje o planie wydania. Oczywiście zupełnie inaczej sprawa wygląda w tygodnikach czy miesięcznikach. Z punktu widzenia szybkości publikacji najczęściej zależy nam jednak na współpracy z dziennikami. Nic zatem dziwnego, że kolejne połączenie telefoniczne, jak poprzednie, kończy się na elektronicznej sekretarce. Nie ma jednak nic gorszego, niż wciąż wibrujący telefon w kieszeni spodni, bądź odsłuchiwanie nagranych na pocztę wiadomości głosowych. Tego rodzaju praktyki często mogą przyczynić się do spadku naszej popularności u danej osoby, a co za tym idzie zaniechania kontaktów.

Grochem o ścianę?

Mimo najciekawszej informacji prasowej wciąż nie udaje nam się załapać na jutrzejsze wydanie. Nie jest to wina złego newsa, zbyt dużej ilości tekstu, ani też braku kontaktu. Czy to możliwe? W branży, tak samo jak wypowiadać, nie lubimy otrzymywać odpowiedzi składającej się ze słów „niestety, nie uda się”. Skoro zatem nie ma rzeczy niemożliwych to dlaczego prośba o publikację naszego idealnego tekstu wciąż pozostaje bez odzewu?

Skuteczność informacji zależy bowiem ściśle od tego do kogo wysyłamy nasz materiał. Dokładniej? Pamiętam sytuację, z początku swojej kariery w PR, kiedy do redaktora prowadzącego znany i poczytny dodatek jednego z dzienników ogólnopolskich przesłałem gotowe, kompleksowe, opracowanie trendu rynkowego zauważonego przez specjalistów z firmy, dla której pracowałem. Mimo dużego zainteresowania tematem z innych tytułów prasowych, bardzo zależało mi by opublikować to właśnie u tego jednego. Po dwóch dniach bez odpowiedzi, pozwoliłem sobie zadzwonić do redaktora z pytaniem o co chodzi? W odpowiedzi usłyszałem jedynie „Panie Adamie, z tym to nie do mnie”. Okazało się, że tekst owszem otrzymał, z uwagi jednak na specyfikację swojego dodatku, śmiem twierdzić, że w dobrej wierze, przekierował email do współpracownicy z bardziej adekwatnego działu. Ta w natłoku prac redakcyjnych uznała, że nie jest to temat ad hoc, w końcu zapomniała o sprawie.

Grochem o ścianę? Nie do końca. Z dwójką wspomnianych wyżej dziennikarzy współpracuję do dzisiaj na bardzo dobrej stopie. Finalnie po moim telefonie do redakcji i kontakcie bezpośrednio z Panią redaktor tekst ukazał się po kilku dniach. Utrwaliło mnie to w przekonaniu, że pojedynczy kontakt nie wystarczy nawet w przypadku dobrze rozwiniętych już kontaktów z redakcją. Ważne jest też, by nie bać się pytać, kto jest kim. Pracownicy redakcji pomagają sobie nawzajem, przesyłając pomiędzy sobą interesujące treści, w związku z czym bez trudu powinniśmy dostać namiar na kogoś, od kogo bezpośrednio zależeć może publikacja naszej informacji, czy też tekstu.

Istnieje również drugi aspekt, który komplikuje sprawę publikacji. Dziennikarze często nie mają bezpośredniego wpływu na to, co jest tematem ich tekstów. Otrzymują zlecenie wpisujące się w temat dnia, realizując wątki poboczne. Choćbyśmy nie wiem jak próbowali, słowa redaktora naczelnego są w tym wypadku świętością i z taką ewentualnością musimy się pogodzić. Nieco rzadziej, ale jednak, mamy do czynienia z sytuacją, w której w ciągu kilku minut zmienia się temat wydania, a wcześniej przygotowany do druku numer musi zostać całkowicie przeredagowany. Są to sytuacje kryzysowe, której sam byłem niedawno świadkiem w związku ze śmiercią Wisławy Szymborskiej. Grono znajomych mi redaktorów zostało z łóżek zaciągnięte do redakcji, w celu nocnej pracy nad materiałem.

Telefon czy email?

Pytanie zadawane ostatnio coraz częściej pozostawić muszę bez jednoznacznej odpowiedzi. Nie ma złotego środka. Czasami wystarczy dobrze napisany komunikat przesłany pocztą email, by obudzić do myślenia grono dziennikarzy. Czasami jednak musimy wisieć na słuchawce tłumacząc dlaczego przesłana informacja jest rzeczywiście na tyle ważna, by już jutro czytać mogła ją cała Polska. Jeśli natomiast zależy nam na czasie, to najlepszym rozwiązaniem będzie telefon do redakcji poprzedzony gotowym materiałem informacyjnym przesłanym na skrzynki pocztowe.

Dobry email, czyli jaki?

Nie bez znaczenia pozostaje również struktura informacji przesyłanej do dziennikarzy. Śmiem twierdzić, że największe szanse na akceptację mają te posiadające publicystyczny wyraz. Trudno bowiem prosić dziennikarza o wykorzystanie naszych wypowiedzi do artykułu, którego nie chce mu się pisać. Zdecydowanie lepiej wyglądać może informacja, która realizować będzie temat przy oparciu o metodę, jedynie wskazując na obecność na rynku naszej firmy. Starajmy się więc zainteresować nie tyle produktem, co ideą, w nadziei na nasz wyłączny komentarz, którym zostanie opatrzony tekst.

Pamiętać musimy również o tym, by email był na tyle obszerny, na ile jest to niezbędne. Rozpisywanie się, zachwalanie i przedstawianie naszego produktu w niekończących się superlatywach jest powszechnie uznawane jako spam. Jeszcze gorzej, kiedy email opatrzony zostanie kilkunastoma załącznikami, które uważać będziemy za absolutnie niezbędne. Nikt nie będzie tracić czasu na czytanie, a co gorsza będzie to na niekorzyść dla nas samych, nie tylko klienta.

Zdjęcie: CraterValley Photo / photoxpress.com.

Strona 1 z 1 1

Oceń artykuł:

Dotychczasowe komentarze
0
komentarzy
Dodaj komentarz jako pierwszy.
Twój komentarzAby skomentować ten artykuł musisz być członkiem społeczności Epr.pl. Zarejestruj się lub zaloguj się tutaj, a następnie wróć do tego artykułu.


Adam Kuśmierczyk

Specjalista ds. marketingu, marketing usług profesjonalnych. Obecnie pracuje dla jednej z większych kancelarii prawnych w Polsce.

Wellman i Bujakiewicz jak Kalisz z Palikotem

Wellman i Bujakiewicz jak Kalisz z Palikotem

Właściciel marki Škoda Auto, Volkswagen Group Polska, prowadzi na swojej stronie internetowej kampanię „ŠKODA – Talk ...

Gest, który uczyni cię wiarygodnym

Położenie ręki na sercu może zwiększyć wiarygodność gestykulującego, a nawet wpłynąć na jego późniejsze zachowanie. Naukowcy ...

Festiwal YouTube w Polsce już 18 czerwca

Zbliża się 3. edycja Orange Video Fest by LifeTube – największe spotkanie youtuberów, gamerów i ich fanów ...